94 W oddali, pomiędzy drzewami, ujrzał czarną sylwetkę – ogromnego wilka o żółtych, gorejących w ostatkach światła dnia, ślepiach. Wilk przystanął na chwilę, przestąpił z łapy na łapę, po czym wolno, ale nieubłaganie, ruszył za ludźmi. Wysoko w górze, na ciemniejącym niebie, kołowały dwa wielkie kruki.
Bajka o člověku a o lvu. Slova se mají skutkem dokázati. O tom vypravuje tato fabule. Člověk a lev hádali se spolu, kdo by z nich silnější byl, a pro takové hádání hledali dokázání. I vedl člověk lva nad jeden hrob, na kterejmž na tabuli namalováno bylo, kterak člověk lva přemáhá a zabíjí, a tu mu okázal, jaký by
"Zauroczenie"to pierwszy tom Sagi o Ludziach Lodu autorstwa Margit Sandemo. Audiobook w interpretacji Sylwii Nowiczewskiej. Kolejne tomy będą ukazywać się co
Bajka o zloději a o slunci. Což v člověku od přirození leží, toho se on velmi těžce zbaví. To tato rozprávka znamená. Času jednoho sousedé měli velikou radost a potěšení s zlodějem na jeho svatbě, nadějíce se, že se jíž obrátí a zlodějství přestane. K nimžto přišed jeden muž moudrý a vida je v takové
Bajka o Niebieskim Smoku - Światowy Dzień Świadomości Autyzmu Specjalny Ośrodek Szkolno - Wychowawczy SIERPChttps://www.bajkidoczytania.pl/bajka-o-niebieskim
Kto woła o deszcz - bajka bałtycka z Litwy. Poczekam na deszczyk! Niechaj robią to gtuptacy. Nie chcę w glinie z wami ryć. Poczekam na deszczyk! Czekam na deszczyk! Kiedy ludzie słyszą tę żałosną ptasią piosenkę, mawiają: — Chyba będzie padać. Wilga znów woła o deszcz!
. Tym razem ludowa bajka dla dzieci pochodząca z Nigerii w Afryce zachodniej. W moim tłumaczeniu i opracowaniu. Dawno, dawno temu, żył sobie młody człowiek o imieniu Mamad, znany z tego, że nigdy nie kłamał. Każdy o nim słyszał, nawet ci, którzy mieszkali z dala od jego wioski. Jego talent budził powszechny podziw – każdemu się przecież zdarza nie mówić prawdy, przynajmniej raz na jakiś czas. Niektórzy opowiadają niestworzone historie, innym zdarzają się drobne kłamstewka. Mamad zaś przysiągł zawsze mówić prawdę. Sława Mamada dotarła w końcu do króla, a ten postanowił go zobaczyć. Rozkazał swoim sługom przyprowadzić go do pałacu. „Niemożliwe, żeby był taki człowiek, który nigdy nie skłamał!” – stwierdził władca. Gdy Mamad pojawił się przed obliczem króla ten obejrzał go od stóp do głowy. Zdziwił się, bo okazał się zwykłym człowiekiem i niczym specjalnym się nie wyróżniał. Król spytał: „Czy to prawda, co o tobie mówią?” „Nie jestem pewien, co masz na myśli.” powiedział Mamad, bo choć wyobrażał sobie, o co mu mogło chodzić, pewności nie miał. Król po chwili dodał „Twoja prawdomówność. Czy to prawda, co o niej mówią?” „A co mówią?” – zapytał Mamad. „Czy to prawda, że nigdy nie skłamałeś?” zapytał król. „To prawda.” odpowiedział Mamad. „Powiedz mi, synu…” dodał król, „Czy w przyszłości, też nie zamierzasz kłamać?” „Nie zamierzam!”, potwierdził zdecydowanie Mamad i rzeczywiście był o tym przekonany. „Nigdy? W całym swoim życiu?” – dopytywał z niedowierzaniem król. „Nigdy!” powiedział Mamad. Przysiągł zawsze mówić prawdę i był przekonany, że tak będzie. Król był pod wrażeniem i potraktował to jako wyzwanie. „Kłamstwo potrafi być podstępne…” – ostrzegł. „Możesz czasami skłamać nawet do końca o tym nie wiedząc. Uważaj!” Mamad ukłonił się, a król życzył mu powodzenia w życiu i odesłał do domu. Minęło kilka dni, a król nie mógł przestać myśleć o człowieku, który nigdy nie kłamał. To było niemożliwe, tego był pewien. W końcu wezwał Mamada z powrotem do pałacu. Po spotkaniu z królem jego sława jeszcze bardziej urosła i razem z nim do bram pałacu przyszedł spory tłumek dworzan ciekawych, co się stanie tym razem. Gdy król zobaczył tłum, wyszedł do niego na zewnątrz. Zaprosił Mamada do środka i zaprowadził do stajni pałacowej, a tłumek szedł razem z nimi. W stajni, król odnalazł swojego ulubionego konia i kazał go osiodłać i przygotować do drogi. Do Mamada powiedział – „Chciałbym zaprosić Cię na kolację. Na razie jednak muszę odwiedzić mojego starego ojca. Wrócę wieczorem. Idź do ogrodów królewskich i odnajdź królową. Powtórz jej o moim wyjeździe i poproś, by na wieczór przygotowała dla wszystkich wystawną ucztę.” „Jestem gotów być Twoim posłańcem” – Mamad skłonił się królowi. „Ruszaj więc!” – dodał król i został razem z dworzanami przy stajni zaczął się gotować do drogi. Gdy tylko Mamad zniknął za rogiem pałacu król zsiadł z konia. „Nigdzie dzisiaj nie jadę. Wszyscy będziecie świadkami, że zostanę w pałacu. Nasz poczciwy Mamad zaraz skłamie po raz pierwszy w życiu, a wieczorem mu to udowodnimy.” – roześmiał się ucieszony z żartu, który obmyślił. Mamad dotarł tymczasem do ogrodów, gdzie znalazł królową przycinającą róże. Ukłonił się i powiedział:„Wasza wysokość! Król przysłał mnie, aby powiedzieć, że zamierza pojechać odwiedzić ojca. Mam też powtórzyć, że masz na wieczór przygotować wystawną ucztę, na której on będzie, o ile rzeczywiście przyjedzie.” Królowa popatrzyła na Mamada zdziwiona.”Wytłumacz się, młody człowieku. Czy król przyjedzie wieczorem, czy nie? Co to za zagadki?”. „To nie są zagadki.” – odpowiedział szczerze Mamad. „Widziałem króla wsiadającego na konia i sam słyszałem, gdy powiedział mi, że jedzie zobaczyć ojca. Wspomniał też, że planuje wrócić wieczorem. Czy jednak wyjechał czy nie – nie widziałem. Może tak, może nie.” Królowa była pod wrażeniem tego, co powiedział młody człowiek. Nie wiedziała do końca, co będzie wieczorem, ale wiedziała, czego może być pewna. Zleciła przygotowanie kolacji i uzbroiła się w cierpliwość ciekawa, co się stanie. Wieczorem wszyscy – król, królowa, Mamad i tłumek dworzan spotkali się na uczcie. Po zjedzeniu pierwszego dania król wstał i powiedział:„Słyszeliście pewnie, że jest z nami człowiek, który twierdzi, że nigdy nie kłamie. Nie jest to prawda moja kochana królowo. Dzisiaj właśnie Cię okłamał.” Mówiąc to Król zaśmiał się, a wraz z nim dworzanie. „A co to było za kłamstwo?” – spytała królowa. „Powiedział Ci, że pojechałem do ojca, a ja wcale tego nie zrobiłem. Wszyscy tu obecni mogą o tym zaświadczyć.” Królowa potrząsnęła głową. „Nie! Powtórzył to, co mu powiedziałeś i bardzo dokładnie przekazał to, co sam zobaczył – że wsiadłeś na konia. Dodał też, że nie widział, jak wyjeżdżałeś i nie zapewnił mnie o tym, że na pewno wrócisz na kolację”. Król i dworzanie zaniemówili na chwilę, układając sobie w głowach to, co usłyszeli. Po tym wznieśli toast za Mamada z gratulacjami. Od tego dnia król, królowa i wszyscy dworzanie zrozumieli, że prawdziwie uczciwy człowiek mówi tylko o tym, czego jest całkowicie pewien, a całkowicie jesteśmy pewni tego, co widzimy na własne oczy. Zasypiankowa książka – Jeżyk Cyprian i przyjaciele
Można kupić płyty z bajką o Żółtym Talerzu! Dodano: 16 cze 2017 o 10:04:22. Jest Piotruś, bohater Żółtego Talerza, jest zaczarowany talerz i mówiąca marchewka. I są dzieci, które wszystkie razem jedzą przepyszne i zdrowe jedzenie. W sprzedaży są już „Mądre bajki z całego świata”, wśród nich ta jedna, która dotyczy naszego programu! To 16 niezapomnianych opowieści, których akcja toczy się od Timoru Wschodniego po Polskę! A do tego wspaniali artyści, którzy zgodzili się przeczytać te bajeczne historie. „Mądre bajki z całego świata” to książeczka pełna rysunkowych zadań dla dzieci, w której na najmłodszych czekają też naklejki oraz mapa świata. Do książeczki dołączona jest również koperta z dwiema płytami CD. Wszystko to za 9,99 zł do kupienia w popularnych miejscach sprzedaży prasy. Pieniądze ze sprzedaży przeznaczone zostaną na wsparcie dla dzieci dotkniętych przemocą. Książeczkę z dwiema płytami CD „Mądre bajki z całego świata” od 5 czerwca można kupić w salonach Empik, Relay, Inmedio, Kolporter, Top Press, Świat prasy, RUCH, Trafika, Tobacco Press, Media Star oraz w wybranych sklepach sieci Żabka. Jest także dostępna w sprzedaży online za pośrednictwem oraz A oto bajka o Żółtym Talerzu… PIOTRUŚ I ŻÓLTY TALERZ Żółte jest słońce, a słońce to ciepło, nadzieja i energia. Gdy słońce rozświetla nasze życie, nie brakuje w nim radości. Słońce o poranku pojawia się na niebie, tak jak o poranku, w szkole, do której chodzi Piotruś, pojawił się Żółty Talerz. Najpierw jeden, potem drugi, trzeci, czwarty i kolejne. Wszystko po to, by nie zabrakło Żółtych Talerzy dla żadnego dziecka. Posłuchajcie bajki o Piotrusiu, chłopczyku, który cieszy się, gdy cieszą się inne dzieci. Pamiętajcie, on od dziś jest również waszym przyjacielem! Piotruś zawsze był uśmiechnięty, bo przecież nie miał się czym martwić. Mama codziennie odwoziła go autem do szkoły, a tata odbierał po lekcjach. Po szkole, gdy było ciepło, cała rodzina jadła wspaniały obiad w ogrodzie. Latem jeździli na wakacje nad morze, a zimą w góry. Piotruś rósł jak na drożdżach i świetnie się uczył. Babcia codziennie przygotowywała mu do szkoły pyszne kanapki, żeby nie zgłodniał do popołudnia. – Mamo, czy wszystkie dzieci mają tak fajnie jak ja? – spytał kiedyś chłopczyk, bo zauważył, że niektóre jego koleżanki i koledzy nie są ani tacy weseli, ani tacy rumiani na buziach jak on. – Dobrze, że pytasz Piotrusiu, bo to znaczy, że obchodzą cię inne dzieci. – Nie, synku, nie wszyscy rodzice mogą wysłać swoje dzieci na wspaniałe wakacje. I nie wszyscy rodzice mogą przygotowywać dla swoich dzieci tak smaczne podwieczorki, jak my przygotowujemy dla ciebie – tłumaczyła mama, ale Piotruś nie do końca rozumiał o co chodzi… – Czemu nie mogą? Nie chcą? – pytał. – Bardzo chcą, ale na przykład nie mają aż tyle pieniędzy – spokojnie odpowiedziała mama, a Piotruś wreszcie zrozumiał, w czym problem. Od tego czasu zaczął ukradkiem przyglądać się innym dzieciom w klasie. Zauważył, że rzeczywiście niektóre z nich nie wyciągają z tornistrów kanapek, zwłaszcza takich z wędliną i świeżutką sałatą. Nie wszystkie też wchodzą do szkolnej stołówki, niektóre tylko patrzą przez szybę, jak ich koledzy pałaszują obiad. Ba, Piotruś zorientował się, że jego najlepszy kolega Adam dostaje od swojej mamy na drugie śniadanie jedynie chleb z masłem. Niestety zauważyli to też inni chłopcy w klasie… – Koń! Koń! Je sam chleb, jak koń, albo mysz! – śmiali się któregoś dnia z Adama, a on ukradkiem schował niedojedzoną kromkę do tornistra. – Odczepcie się od Adama! – nie wytrzymał Piotruś, podzielił swoją kanapkę z wędliną i połowę dał Adamowi. – Daj spokój Piotruś! – zawstydził się Adam. – A co w tym złego?! – obruszył się nasz bohater. – Przyjaciele dzielą się tym, co mają. Pamiętasz, jak ty pomogłeś mi rozwiązać zadanie z matematyki, kiedy go nie rozumiałem? Też się podzieliłeś. Tym, co wiesz – mądrze wyjaśnił speszonemu koledze. Całą tę sytuację obserwowała pani kucharka i pomyślała sobie: – Piotruś to dobre i wrażliwe dziecko. Gdyby umiał czarować, to z pewnością wyczarowały szczęście dla wszystkich dzieci na świecie. Słowa pani kucharki, wypowiedziane przecież tylko w myślach, ktoś chyba jednak usłyszał, bo następnego dnia zaczęły dziać się w szkole prawdziwe cuda. Ale po kolei… Rano jak zwykle mama podwiozła Piotrusia pod szkołę. Wyskoczył z auta uśmiechnięty i pobiegł w kierunku drzwi szkoły, a potem dalej korytarzem do klasy. Gdy mijał drzwi stołówki, usłyszał dziwny stukot – jakby ktoś lekko uderzał talerzem o stół. – Dziwne, przecież o tej porze nie ma jeszcze pań kucharek? Sprawdzę, bo strasznie mnie ciekawi, co tam się dzieje – pomyślał. Gdy wszedł do stołówki, od razu zobaczył, że na pierwszym stole stoi talerz. Piękny! Żółciutki! Stoi to za mało powiedziane, bo brzeg Żółtego Talerza unosił się i opadał wydając dziwny dźwięk. – Koledzy chyba robią mi jakiś dowcip – doszedł do wniosku Piotruś. – To nie dowcip, ten Żółty Talerz czeka tu na ciebie Piotrusiu – wyjaśniła… marchewka, która stała sobie na parapecie, oparta o brzeg wiklinowego kosza. – Zaraz, zaraz! Na to się nie nabiorę! Marchewki nie mówią! – zaśmiał się chłopczyk. – Talerze też niby nie czekają, a ten jednak na ciebie tu czeka. Marchewki nie mówią, gdy nie mają nic do powiedzenia, a ja właśnie chcę ci powiedzieć, że wystarczy, abyś ten Żółty Talerz postawił przed pierwszym dzieckiem, które wejdzie dziś na obiad do stołówki, a zobaczysz, że wszystkie dzieci w szkole zjedzą tak pyszny i zdrowy obiad, jakiego jeszcze nigdy nie jadły – zapowiedziała marchewka. Zamilkła i dalej już milczała, jak to zwykle robią marchewki. W porze obiadu Piotruś zrobił dokładnie to, o czym mówiła marchewka. Gdy pierwsze dziecko weszło do stołówki i usiadło przy stole, postawił przed nim Żółty Talerz. Wtedy na talerzu… pojawił się wspaniały obiad! Warzywa, pyszne mięso, zdrowa kasza gryczana! Palce lizać! – Ojej, ale ja nie mam więcej takich talerzy dla innych dzieci! – zorientował się Piotruś. Jednak zanim skończył tę myśl, zobaczył, że przed kolejnym dzieckiem siadającym przy stole pojawił się nagle Żółty Talerz, a potem wyrósł taki sam wspaniały obiad! – Chodźcie do środka! Chodźcie! – Piotruś wyszedł na korytarz i zapraszał wszystkie dzieci do stołówki. Każde zjadło tego dnia na Żółtym Talerzu taki sam zdrowy i pyszny obiad. Tego dnia, a potem każdego następnego! Po kilku dniach wszystkie dzieci miały buzie tak rumiane i uśmiechnięte jak Piotruś. Za sprawą zdrowego jedzenia i dobrego humoru, którego ono dodaje! – Każde dziecko ma prawo do tego, by zdrowo rosnąć i mieć siłę do zabawy oraz nauki! Dobrze, że jest taki chłopczyk jak Piotruś, który umie pomagać, chętnie dzieli się z kolegami i wie, że nie ocenia się innych po tym, jakie śniadanie przynoszą do szkoły – skwitowała to, co się wydarzyło marchewka. A Żółty Talerz kiwnął jej swym brzegiem. Bo nie umiał mówić, ale umiał przytakiwać. No i oczywiście wyczarować najpyszniejsze obiady na świecie!
Szukam bajki z dzieciństwa, która traktowala o 3-5 ludzikach którzy mieli kolorowe włosy i grali rocka... Tyle pamiętam :) klaki26 w odpowiedzi na post: dobry_soloniusz | Kojarze bajke, ktora leciała bodaj na Mtv - Beavis and Butt-headInne mi do głowy nie przychodzą ;) leneq w odpowiedzi na post: dobry_soloniusz | skojarzyło mi się z Jem & The HologramsNie nie żadna z nich... takie nawet podobne maskotki do nich były.... Nie wiem czy to na regionalnej 3 nie leciało... Oni grali rocka i były to same chłopy... :)
Kłótnie i sprzeczki wśród rodzeństwa są powszechne i nieuniknione. Jeżeli są zbyt częste – potrafią zepsuć dzień i sprawić przykrość rodzicom. Ja sam nie cierpię, gdy moi synowie się kłócą i gdy zdarzają się dni pełne sprzeczek – mam tego czasami serdecznie dość. Zapraszam do bajki pomagajki, która ma pokazać z perspektywy dziecka jak często takie kłótnie rodzeństwa są z błahych powodów i że czasami lepiej ich uniknąć. Mam nadzieję, że się spodoba! Nowe buty Zosi Były dokładnie takie, jakie sobie wymarzyła. Stały na środkowej półce, na wystawie sklepu, do którego właśnie wchodziły razem z Mamą. Pięknie oświetlone jasną lampą, wyglądały jakby czekały na księżniczkę z bajki. Zwróciła na nie uwagę już tydzień temu, gdy wracała tędy ze swoją przyjaciółką Julką ze szkoły. Poprosiły o nie panią sprzedawczynie i mogła je wreszcie wziąć do rąk. Buty były z przodu gładkie i praktycznie całkowicie białe, bliżej pięty miały miękkie, jasnoszare futerko, które Mama nazywała zamszem. Podeszwę pokrywały biało-różowe wzory, wyglądające jakby pochodziły ze skóry bajkowej zebry. No i ten kwiatek! Na prawym bucie przyczepiona była łodyżka z liśćmi, a na niej piękny różowy kielich z płatkami. Od nich odstawały mniejsze łodygi z błyszczącymi koralikami mniejszych pąków. Koleżanki pękną jutro z zazdrości! Mama spytała jej czy nie będzie problemu ze sznurówkami. Były wyjątkowo długie, a to oznaczało sporo wiązania. Na szczęście u góry był też rzep i dodatkowo buciki można było zapiąć suwakiem z boku. Były idealne! Nawet nie chciała przymierzać innych tylko powtarzała, że te są bardzo dobre i że pasują jak ulał i że ten rozmiar jest akurat i że na pewno ich nie pobrudzi i że o nie będzie dbać i że już mogą wychodzić ze sklepu. Drogę do domu ledwo pamiętała, również obiad, który potem zjadła. – Idę do Julki się uczyć! – Zawołała w stronę Mamy wciągając nowe buty na nogi. Nie czekając na odpowiedź wybiegła z domu. Tak naprawdę to nie mogła się doczekać by pochwalić się butami przyjaciółce. Kawałek za domem skręciła z drogi i dalej przez dziurę w siatce, by przejść znajomym skrótem przy opuszczonym domu. Pomimo, że ostatni deszcz był parę dni temu, były tu jeszcze resztki kałuż. Przeskakiwała je, starając się nie ubłocić swoich nowych bucików. Podczas skoku poczuła dziwne szarpnięcie od strony lewego buta. Przy kolejnym znowu to samo z prawego. Spiesząc się zignorowała to. Po kilku krokach nogi zaczęły się jej jednak plątać, a buty zaczepiać o siebie. Gdyby ktoś ją zobaczył z boku, to pewnie zaśmiałby się w głos. Wyglądało to tak, jakby się sama chciała kopnąć w kostkę. Jej nie było jednak do śmiechu. Gdy powtórzyło się to znowu, była już całkiem zaniepokojona. Szczególnie, że w końcu nie udało jej się jednym susem przeskoczyć niedużego pniaka zawalającego ścieżkę. Po kolejnym kroku nadepnęła jednym butem drugiego i wyrżnęła się jak długa. Oszołomiona siedziała przez chwilę trzymając się za stłuczone kolano. – Co się dzieje? – zawołała – To przez prawego! To ciamajda i oferma! Kroku nie może zrobić żeby się nie potknąć! – Usłyszała głos dochodzący z dołu. – Tak? Tak? Zawsze przez prawego! A kto jak tylko gdzieś wyjdziemy to zaraz się w błocie uwala? I jeszcze do tego mnie ochlapie? – Usłyszała kolejny głos. Zosia nie mogła uwierzyć własnym oczom i uszom. Wyglądało na to, że jej super-buty na dodatek umiały mówić. Wyglądało też na to, że się właśnie pokłóciły. Zapomniała przez chwilę o bolącym kolanie. Tymczasem buty wołały dalej jeden przez drugiego. – Jak możesz tak mówić? To Ty pierwszy mnie ochlapałeś! Zobacz jak wyglądam! – To dlatego, że nie uważasz jak stajesz i sam wlazłeś w błoto!!! Kłótnia była coraz ostrzejsza i Zosia nie mogła już tego słuchać. Wyglądało jakby buty chciały się zaraz na siebie rzucić. Chrząknęła i postanowiła się wtrącić. – Jestem Zosia! – Powiedziała grzecznie, starając się zachować spokój. – Ja jestem Prawy. – Odburknął but po prawej stronie. – A ja Lewy – Dodał ten drugi. – Co się stało? O co się sprzeczacie? – spytała Przez chwilę wydawało się, że kłótnia znowu się zaczyna od początku. – On mnie kopnął!!! – Ochlapał mnie! – Przez niego się wywróciliśmy!! – On mnie nie lubi! – On zawsze chce być z przodu!!! – On ma lepiej zawiązane sznurówki! Na pewno jego bardziej lubisz! Pretensjom nie było końca. Zosi było trudno cokolwiek powiedzieć wśród przekrzykujących się głosów. – Po kolei! Nie wszystko na raz! – Udało się wreszcie zatrzymać potok ich słów. – Po pierwsze sznurówki. To ja je wiązałam i starałam się jak najlepiej. Nie umiem jeszcze wiązać tak dobrze jak Mama, więc na pewno i jedno i drugie można poprawić. Ale nie jest to powód, żeby się na siebie złościć i kłócić ze sobą! – Jesteście dla mnie jednakowo ważni i tak samo Was lubię! Przecież w jednym bucie nie wyszłabym z domu i nieważne czy w prawym, czy w lewym. Buty przycichły i słuchały uważnie. Zosia mówiła dalej: – Czy nie widzicie, że nawet, jeżeli lewy ochlapał prawego, to nie znaczy to, że zrobił to specjalnie? Czasami po prostu tak się zdarza. Jeżeli do kogokolwiek możecie mieć pretensje to do mnie, bo to ja pobiegłam na skróty przez kałuże. – Gdy chodzę i biegam to raz mam jedną nogę z przodu, raz drugą. Gdy wiążę buty to raz lepiej uda mi się zawiązać prawy, raz lewy. Nie oznacza to, że kogoś lubię bardziej od innego! – Naprawdę bez sensu jest to, że teraz siedzimy, ja mam stłuczone kolano, a Wy kłócicie się, kto kogo kopnął i kto chciał być z przodu. – Była aż dumna z siebie, że tak spokojnie, poważnie i mądrze im wszystko tłumaczy. – A prawy but to ma kwiatek, a ja nie mam… – Powiedział cicho i smutno lewy. Zosia spojrzała na swoje buty. Rzeczywiście. Tego nie dało się nie zauważyć. Po chwili zastanowienia powiedziała: – Lubię was jednakowo i mogłabym nawet zerwać kwiatek z prawego. Bylibyście bardziej do siebie podobni. Wolałabym jednak tego nie robić – mogłaby zostać dziura i ślad, a na tym obydwa byście ucierpiały. – Poza tym jesteście różne i nie znaczy to, że jednego lubię bardziej od drugiego. Wszyscy jesteśmy trochę różni i to bardzo dobrze. Gdybyście byli tacy sami, nie mogłabym was założyć na moje nogi – mam przecież stopę prawą i lewą. Pewne różnice po prostu są i trzeba je zaakceptować. Nie ma co się nimi martwić. Jedno jest pewne – oddzielnie byłoby Wam gorzej, jesteście jak bracia, którzy są razem. Widać było, że butom ta rozmowa pomogła i poczuły ulgę. Ponieważ Zosię kolano też przestało już boleć, więc wstała i spokojniejszym teraz krokiem poszła do Julki. Tak jak się spodziewała – przyjaciółka była butami zachwycona. Po krótkiej nauce (w końcu obiecała Mamie, że do Julki idzie się uczyć) wyszły jeszcze razem na spacer. Zosia oczywiście w nowych super-butach. Już po powrocie w domu, tego wieczora, zasypiając w swoim ciepłym łóżku Zosia myślała o całym dniu. Kto by pomyślał, że wśród butów mogą się zdarzać kłótnie rodzeństwa, że buty mogą mieć tyle powodów do sprzeczek. I to czasami tak głupich? Przecież są jak bracia i są stworzeni by być razem? Spojrzała na nie. Uprosiła Mamę i ta pozwoliła postawić je w jej pokoju na szafce, na honorowym miejscu. Dzięki temu mogła je cały czas widzieć. Zosia uśmiechnęła się do siebie. Stały razem i tak słodko razem wyglądały – jakby się przytulały. Jak kochające się rodzeństwo. Zapraszam do komentowania – podziel się swoimi doświadczeniami. Jak radzicie sobie ze sprzeczkami między braćmi i siostrami? Czy często w Waszych domach zdarzają się kłótnie rodzeństwa? Zasypiankowa książka – Jeżyk Cyprian i przyjaciele
Bajka o ekologii Na środku błękitnego, ciepłego morza leżała wyspa. Latem grzana słońcem i chłodzona morską bryzą, pachniała jaśminem i kwiatem pomarańczy. Zimą potrafiła zaskoczyć kapryśnym deszczem lub burzowymi falami, nigdy jednak nie dokuczała mrozem. Wyspą rządził król Ambroży. Dobry to był król, który nie dbał tylko o siebie, jak wielu, ale też o swoich poddanych. Każdego dnia przed południem mogli przychodzić do niego i o posłuchanie prosić. Ambroży rozsądzał waśnie, rozstrzygał spory, a często i biednym pomagał. Spraw było tak wiele, że nie wszystkie udało się załatwić, każdy jednak mógł być wysłuchany. Król zaczynał poranki od wyjścia na balkon wieży zamkowej. Opierał dłonie na rzeźbionej, drewnianej balustradzie i oglądał z góry swe królestwo. Wśród parków, domów i ulic stolicy słyszał śpiew ptaków oraz gwar mieszkańców. Gdy spojrzał dalej, gdzie kończyło się miasto, widział żółto-rude pola i ciemną zieleń lasów. Jeszcze wyżej, na horyzoncie zaczynał się granatowy kolor morza, przechodzący na koniec w jasny błękit nieba. Ambroży przymykał oczy, wczuwając się w zapachy wyspy. Dobrze się żyło w królestwie na wyspie. Pewnego dnia na poranną audiencję do króla przyszedł pasterz. Był to starszy, siwy mężczyzna ubrany w lniany, prosty strój i podpierający się długim kijem. Trzymał się przez dłuższy czas na uboczu, a kiedy jako ostatni wyszedł na środek, drżącym głosem powiedział: – Miłościwy Panie! Chciałbym prosić Cię o pomoc i wstawiennictwo. Brakuje łąk, na których mógłbym wypasać moje owce. Każde miejsce na wyspie zajmują wielkie uprawy. Po kilku latach na takich polach, na których tylko jedne rośliny się sadzi, miejsce pozostaje puste i jałowe. Ja natomiast nie mam gdzie się ze stadem podziać. Król wysłuchał pasterza i pokręcił głową z niedowierzaniem. – Na wyspie jest wiele miejsc dla Ciebie i Twoich owiec. Wędruj na północ i tam na pewno je znajdziesz. Zadowolony z siebie dał znać, że audiencja została zakończona i o sprawie szybko zapomniał. Tej nocy Ambrożemu przyśnił się jednak niepokojący sen. Stał w nim na wieży zamkowej i swoją wyspę jak zwykle oglądał. Jednak zamiast pięknych kolorów pól i lasów zobaczył tym razem bury piach i szary pył unoszony przez wiatr. Rano, gdy tylko się obudził, wyszedł na balkon. Na szczęście wszystko zastał po staremu. Wzdrygnął się na wspomnienie snu. Poranne słońce szybko poprawiło mu jednak humor, szczególnie, że grupka ludzi na miejskim placu, gdy tylko zobaczyli go na balkonie, zaczęła wiwatować. Tego dnia na audiencji pojawił się leśnik. Postawny, wyprostowany mężczyzna ubrany był cały na zielono. Prężnym krokiem wyszedł przed króla i powiedział: – Królu nasz! Ja chciałbym prosić Cię o pomoc nie dla siebie, ale w imieniu wszystkich zwierząt i roślin, które żyją w lasach. Na wyspie ciągle buduje się nowe domy i obsiewa pola. Wycina się przy tym drzewa i coraz mniej ich tutaj rośnie. Jeszcze trochę i miejsca dla leśnych stworzeń zabraknie. Król tym razem słuchał uważniej i nawet głową pokiwał. Nie miał jednak pomysłu, co z tym zrobić, więc tylko obiecał nad całą sprawą się zastanowić i audiencję zakończył. W nocy Ambrożemu przyśniły się ogrody zamkowe. Wydawały się zwyczajne, ale coś się nie zgadzało. W pewnym momencie zorientował się, że otacza go zupełna cisza. Nie słyszał ani śpiewu ptaków, ani brzęczenia owadów. Dźwięk jego kroków odbijał się od murów zamku i wracał złowieszczym echem. Obudził się bardzo przejęty i uspokoił dopiero na balkonie, gdzie wśród gwaru przechodniów usłyszał znów szczebiot jaskółek. Odetchnął i wrócił do komnaty. Kolejna audiencja była również inna niż zwykle. Tym razem pojawił się na niej rybak, niski i chudy, o twarzy wysmaganej wiatrem i pobrużdżonej solą morską. – Czy wiesz Królu, co się dzieje z brudami całej stolicy? – zapytał, gdy przyszła jego kolej. – Wylewane są one do rzek, jezior i morza. Przez to woda w nich nie jest już taka czysta jak kiedyś, a ryb w niej ubywa. Muszę coraz dalej w morze wypływać i nowych łowisk szukać. Coraz trudniej z łowienia mi utrzymać moją rodzinę. Król słuchał, kiwając głową. Gdy ten skończył, wezwał marszałka i kazał wydać rybakowi pięć złotych dukatów jako pomoc w zakupie większej i szybszej łodzi. Wszyscy podziwiali szczodrość króla i audiencja zakończyła się wiwatami na cześć Ambrożego. Dziwny sen do niego jednak wrócił. Siedział w sali biesiadnej, pośród ucztujących gości. Gdy jednak podniósł kielich do toastu, zobaczył, że płyn w nim jest czarny, błotnisty i śmierdzący. Rozejrzał się po sali i zobaczył, że wszyscy łapią się za brzuchy w boleściach. To go obudziło. Poszedł zaraz do zamkowej toalety i sprawdził jaką wodę tam znajdzie. Na szczęście w królewskiej komnacie woda była chłodna i przejrzysta. Przemył twarz i spokojniejszy wrócił do sypialni. Kolejnego dnia, wśród czekających na królewskie posłuchanie, wyróżniał się starszy mężczyzna o długiej brodzie i siwych włosach. Był znanym w całej okolicy mędrcem, rzadko widywanym poza swoim domem-biblioteką. Poruszał się powoli i podpierał laską, odezwał się jednak nadspodziewanie czystym i dźwięcznym głosem: – Królu! Od wielu dni przychodzą do Ciebie ludzie, prosząc o pomoc i ostrzegając przed niebezpieczeństwami. – zaczął. – Mówią o znikających lasach, jałowiejącej ziemi i coraz bardziej brudnej wodzie. To wszystko zmienia naszą wyspę nie do poznania. Nie wystarczy już odkładać decyzji i kupować nowych łodzi. Inaczej skończą się łagodne lata i spokojne zimy, a fale morskie zaleją w końcu i zniszczą wyspę. – Co proponujesz? O co prosisz? – spytał poważnie zaniepokojony słowami mędrca król. – Gdyby to było takie proste. Gdyby była jedna rzecz, której zrobienie zapewni nam spokojną przyszłość… Czegoś takiego nie ma. Zamiast tego musimy w każdej sprawie, w każdej decyzji robić to, co jest dobre dla ziemi, wody, powietrza, dla przyszłości naszej wyspy. Król zasępił się. Co to miało oznaczać? Jak to zrobić? – myślał. Jednak ani on, ani jego dworzanie nie znali na to odpowiedzi. bajka o ekologii W nocy Ambroży położył się późno i długo nie chciał zasnąć. Bał się, że nawiedzi go kolejny koszmar. Rzeczywiście, pojawił się, gdy tylko zamknął oczy. Znowu stał na wieży zamkowej i jak sparaliżowany patrzył na rosnące fale morskie, niosące góry brudów i śmieci, zbliżające się do murów stolicy. Przerażony widział kolory wyspy zlewające się w złowieszczy, ciemny granat sztormowego morza i słyszał jak gwar ludzi i śpiew ptaków ustępuje wyciu wichru. Rano wyszedł jak zawsze na zamkowy balkon. Na razie słońce grzało, ptaki śpiewały, a na błękitnym niebie nie było nawet chmur. Spojrzał w dół na miasto, gdzie tłum ludzi przelewał się ulicami. Każdy był zajęty swoimi sprawami i nie interesował się wyspą, jej powietrzem, wodą i ziemią. W tym momencie zobaczył wśród nich jasnowłosą dziewczynkę. Zaczął przyglądać się, co robi. Chodziła po głównym placu miasta, zbierając śmieci pozostawione przez niefrasobliwych mieszkańców. – Jest nadzieja dla naszej wyspy. – pomyślał Ambroży. Zszedł z wieży i wyszedł na plac przed zamkiem. Odnalazł ją w tłumie i zaskoczoną uściskał. Wziął na ręce i pokazał zebranym na placu ludziom, ogłaszając: – Bierzmy wszyscy przykład z tej dzielnej dziewczynki. Ona prawdziwie robi coś, by ulice naszego miasta nie utonęły w śmieciach. Od dzisiaj, jeden dzień w miesiącu każdy mieszkaniec stolicy spędzi, porządkując nasze piękne miasto. Ja sam, wraz ze swoim dworem się do tego przyłączę. Stąd właśnie wziął się tradycyjny dzień sprzątania wyspy. To nie wszystko. Po powrocie do zamku wezwał do siebie mędrca i mianował go nadwornym ekologiem. Miał zawsze towarzyszyć audiencjom króla i w każdej sprawie doradzać. Wszystko, co robili, miało przede wszystkim wyspie nie szkodzić. Od tego dnia złe sny przestały nawiedzać Ambrożego. Zasypiankowa książka – Jeżyk Cyprian i przyjaciele O ilustratorce:Danka Markiewicz – autorka i ilustratorka, która opublikowała pierwszą książkę we Włoszech (gdzie mieszka). Nie może się doczekać wydania swoich powieści w Polsce. Zilustrowała dwie książki włoskiego wydawnictwa. Prowadzi bloga Nieustannie się uczy i stara jak najczęściej rysować.
bajka o żółtych ludzikach